
W zeszłym tygodniu w ministerstwie rolnictwa miało miejsce spotkanie zorganizowane przez wiceminister rolnictwa Małgorzatę Gromadzką w sprawie rynku zbóż. Niestety było to kolejne z wielu spotkań, które można zaliczyć do zmarnowanego czasu dla polskich rolników. Mamy pełne magazyny zboża, spowolniony handel i ceny sprzed 20 lat, a za 6 miesięcy nowe żniwa. Czasu bardzo mało i szkoda go na spotkania i pomysły, które można zaliczyć do ekonomicznej fantastyki.
Spotkanie dotyczyło eksportu polskiej pszenicy do Chin. Jest to rynek na który nie przypominam sobie, żebyśmy wysyłali kiedykolwiek nasze zboże, ponieważ jest za daleko i koszty transportu decydują o tym, że nasze zboże tam nie trafia. O potencjalnych kierunkach eksportu zbóż, decyduje nie tylko tzw. cena na bramie portu ale i koszty załadunku, frachtu i rozładunku. Następnym razem radzę na podobnym spotkaniu w ministerstwie powiesić mapę świata, wtedy uczestnicy takiego spotkania zobaczą jakie są odległości między portami i nie będą marnotrawić czasu, za który mają płacone z pieniędzy podatników.
W połowie drogi mamy kilkanaście krajów z którymi nie mamy uzgodnień fitosanitarnych i na nich trzeba się skupić. Są to głownie kraje z Afryki Północnej, Środkowej i Zachodniej. Watro też rozwiązać problem świadectw do Egiptu, ponieważ ze względu na tilletię nasze zboże tam nie trafia, a jest to największy kupujący pszenicę.
Dobór uczestników spotkania jest co najmniej zastanawiający. Było to spotkanie dotyczące eksportu zbóż, bez udziału eksporterów. Byli sami przedstawiciele administracji i spółek które zajmują się przetwórstwem i handlem na lądzie, a nie eksportem drogą morską, a tylko przez porty możemy pozbyć się milionów ton zboża do lipca.

Może kiedyś jakby spełniły się słowa starego powiedzenia; „Jak powiedział stary góral Polska będzie aż po Ural, za Uralem będą Chiny…” eksport zbóż z Polski do Chin będzie realny, dziś jest niemożliwy.
Marcin Wroński
Związek Zawodowy Rolnictwa Samoobrona
zastępca przewodniczącego kujawsko-pomorskie
oprac, e-red, ppr.pl